Co z tymi fistaszkami, czyli historia mojej tarczycy

Opowiem Wam historię o tym dlaczego w moich słodyczach nie znajdziecie nabiału, fistaszków, soi ani kukurydzy. No bo dlaczego nie ma w nich cukru i glutenu to wiadomo. Historia będzie długa, ale piszę to, bo możliwe że wielu z Was boryka się z podobnymi problemami zdrowotnymi jak ja i nawet nie przypuszcza, co może być ich przyczyną.

Ale zanim napiszę cokolwiek, powtarzam – nie jestem dietetyczką. Nie udzielam porad, a to co tu przeczytacie, to historia mojej choroby. Nie sugerujcie się więc zaleceniami, które dla mnie są odpowiednie, bo ja badałam się przez pół roku, zanim poskładałam wszystkie diagnozy w całość i zaczęłam się leczyć jedzeniem.

Dlatego po prostu zróbcie sobie badania i pójdźcie z nimi do człowieka, który będzie wiedział jak je zinterpretować, najlepiej do dietetyka klinicznego.

Był w moim życiu czas, w którym pokochałam crossfit. Tak, studiowałam wtedy też prawo. Ale za to nigdy nie zostałam weganką! W każdym razie, z crossfitem jest tak, że adrenalina, która buzuje w organizmie jeszcze przed rozpoczęciem treningu, bardzo uzależnia. W boxie, w którym trenowałam, panowała miła atmosfera przyjaznej rywalizacji. “W tym tygodniu tylko 4 treningi? Mój to już 6, a jest dopiero czwartek.” Na moje ego działało to niezawodnie – robiłam najwięcej treningów ile mogłam. A im więcej ich było, tym gorzej się czułam. Po porannych treningach energię na życie traciłam już mniej więcej w południe. I złościłam się na siebie, że nie daję rady, że pewnie za mało węgli zjadłam po treningu, albo przed, albo wieczorem wcześniejszego dnia. Ciągle było coś nie tak, a co gorsza – mało chudłam. W trakcie regularnego wod’a traci się około 1000kcal, więc naprawdę trudno przekroczyć w ciągu dnia zapotrzebowanie na kalorie. W pewnym momencie waga w ogóle się zatrzymała, a ja coraz gorzej się czułam.

Zaczęłam mieć problemy z koncentracją w pracy do tego stopnia, że miewałam momenty kompletnej odcinki – usypiałam na 30-60 sekund. Mimo codziennej pielęgnacji ciała, miałam bardzo wysuszoną skórę i zaczęły mi się łamać paznokcie, których zjawiskowa długość zawsze była moją chlubą. No i problemy z żołądkiem. Te miałam właściwie od zawsze, więc od zbadania żołądka rozpoczęłam autodiagnozę.

Poszłam starym, znanym tropem i po 10 latach postanowiłam powtórzyć badanie gastroskopii. Tak, jest właśnie tak paskudne i okropne jak słyszeliście, ale nie miałam innego wyjścia.

Najistotniejszym okazał się być pozytywny wynik na obecność helicobacter pylori. Prawdopodobnie od niego wszystko się zaczęło, bo bakterię tę można złapać wszędzie i szacuje się, że w Polsce ma ją 80% dorosłych osób. Te skutki, które dla mnie były istotne to utrzymujący się w żołądku stan zapalny, który rzutował na pracę całego organizmu.

W ekspresowym tempie zrobiłam więc bardzo wszechstronne badania krwi i popędziłam z nimi do dietetyka klinicznego. Wynik interpretacji moich badań bardzo mnie przytłoczył. Na szczęście wykluczono u mnie insulinooporność, za to wyszło, że mam hipoglikemię reaktywną. Poziom kortyzolu był tak wysoki, że hamował zupełnie metabolizm, a niedobory witamin z grupy B i D spowalniały skutecznie pracę, odpowiednio, wątroby i trzustki. A jak wiadomo praca trzustki przekłada się na… pracę tarczycy.

Myślę, że w tym roku badałam TSH, FT3 i FT4 około 5 razy. Wyniki były bardzo kiepskie. Popędziłam więc czym prędzej do endokrynologa, który złapał się za głowę widząc, jak szybko poziom TSH wzrósł w przeciągu 2 miesięcy. Hashimoto na szczęście wykluczono, ale od niedoczynności tarczycy do choroby autoimmunologicznej, droga nie jest daleka. Dostałam więc paczkę hormonów od lekarza i… wróciłam do dietetyka.

Okazało się, że wszystkie te dolegliwości sprawiły, że mój organizm był tak wykończony ciągłym jego podkręcaniem, że przeszedł na tryb stand-by. Pracował wolno, tylko tyle ile musiał i ogólnie ledwo zipał. Do tego cały czas spadał mi cukier, który powodował senność, a problemy z koncentracją, skórą i paznokciami wynikały z niedoczynności tarczycy.

Poza helicobacter, wpływ na moje samopoczucie miał: stres i jedzenie.

Co do pierwszego – porzuciłam crossfit, gdy po niewyleczonej kontuzji kręgosłupa, pewnego pięknego listopadowego poranka sparaliżował mnie taki ból w odcinku piersiowym, że mogłam ruszyć się z łóżka dopiero po przyjęciu garści ketonalu. Wspomnienie tego bólu i złote ręce mojego fizjoterapeuty skutecznie wyleczyły mnie z miłości do crossfitu.

Ale co crossfit ma wspólnego ze stresem? Otóż okazuje się, że bardzo intensywne treningi również powodują zbyt wzrost kortyzolu, hormonu stresu. Czyli w zasadzie zaczynają bardziej szkodzić, niż pomagać, ponieważ jedną z przykszejszych konsekwencji zbyt wysokiego kortyzolu jest zahamowany metabolizm.

Dlatego przerzuciłam się na jogę i pilates, dodałam do tego trochę medytacji i wkręciłam się w praktykę mindfullness. Ale o tym innym razem.

Co do jedzenia…

Od dłuższego czasu byłam zainteresowana dietą paleo, jednak nie wnikałam w jej zdrowotne walory. Crossfiterzy jedli, to i ja jadłam. Okazało się, że byłam na dobrym tropie. Moja dietetyczka zaproponowała mi dietę paleo typ samuraj. Jest to mniej restrykcyjna odmiana paleo, dopuszczająca również bezglutenowe kasze i orzechy.

Zatem dlaczego nie jem nabiału?

Ponieważ najlepszym źródłem pełnowartościowego białka jest mięso. Wyroby nabiałowe posiadają białka mocno przetworzone i niepełnowartościowe, co bardzo obciąża pracę nerek. Ponadto,1/4 europejczyków cierpi również na nietolerancję laktozy. Ja tego u siebie nie sprawdzałam, ale nie muszę – bo dobrze mi bez nabiału. Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą – laktoza jest cukrem. Argumentację do tej tezy znajdzciecie więc w podpunkcie dlaczego nie jem cukru.

Mleko zawiero również kazeinę, która podrażnia jelita, przyczyniając się tym samym do powstawania chorób autoimmunologicznych. Na koniec dodam od siebie tyle, że od kiedy nie jem nabiału (albo jem bardzo sporadycznie tylko ten naprawdę dobrej jakości), pozbyłam się efektu nabrzmiałego brzucha, innych nieprzyjemnych rewolucji żołądkowych i znacząco poprawiła mi się cera.

Dlaczego nie jem glutenu?

Wiem, że dyskusja jest otwarta, i wiele osób uważa, że wykluczać gluten powinny tylko osoby cierpiące na celiakię, ale równie wiele osób twierdzi, że gluten szkodliwy jest dla każdego człowieka.

Ja jestem trochę kryta w tej dyskusji, poniewż nie mogę jeść glutenu ze względu na niedoczynność tarczycy. Im więcej jednak czytam o tym w jaki sposób wszelkie zboża, które spożywamy są przetworzone i przede wszystkim kiedy obserwuję jak zachowuje się moje ciało po przyjęciu pachnącej, francuskiej bagietki, skłaniam się ku radykalnym antyglutenowcom.

I tak, przede wszystkim, co dla mnie ma bardzo istotne znaczenie, zboża mają bardzo wysoki indeks glikemiczny. Oznacza to, że po zjedzeniu pszennej bułeczki glukoza u osób mających problem z poziomem cukru we krwi, szybuje pod niebiosa. Co równie ważne – zawiera dużo substancji antyodżywczych, takich jak kwas fitynowy czy lektyny. Substancje te w bardzo dużym skrócie niszczą nam jelita, ograniczając znacznie wchłanianie substancji odżywczych z pokarmu i wbrew powszechnemu mniemaniu, są ciężkostrawne. Prosty z tego wniosek, że przy chorobach autoimmunologicznych po prostu są zakazane i już.

Bardzo staram się nie jeść glutenu. Bardzo. Ale nich pierwszy rzuci kamieniem, kogo nigdy nie skusił zapach świeżo uwypieczonego glutenu pod postacią miękkiej francuskiej bagietki. No właśnie.

Dlaczego nie jem strączków?

Niestety okazuje się, że strączki, poza tym, że są bezglutenowe, działają na organizm tak jak zboża. Czyli również zawierają substancje antyodżywcze, tym samym uszkadzają jelita i osłabiają wchłanianie się żelaza.

Jeśli chodzi o moje nieodżałowane fistaszki (tak, kochałam miłością gorącą masło orzechowe będąc crossfitowym świrem), niestety one też należą do grupy strączkowatych. O ile fasolę czy ciecierzycę można poddać obróbce termicznej, dzieki czemu można się pozbyć z nich kwasu fitynowego, o tyle gotowane fistaszki zjadliwe są chyba tylko według Chińczyków.

No i wreszcie wróg numer jeden… dlaczego nie jem curku?

Żyjemy w czasach, w których już dawno odkryto i naukowo potwierdzono, że wszelkim złem świata ludzi borykających się z otyłością, jest cukier, nie tłuszcz. 

Mowa oczywiście o dobrych tłuszczach. Problem w tym, że niewielu w to do końca wierzy. Nie będę tu konstruować argumentów na rzecz tej tezy, ale jasno to komunikuję – wierzę w dobre tłuszcze. A w cukier nie wierzę, bo:

  • bardzo tuczy
  • uzależnia
  • powoduje szybki wzrost poziomu glukozy we krwi, co wiąże się z jej równie szybkim spadkiem, co z kolei skutkuje spadkiem energii i sennością
  • większość tkanki tłuszczowej powstaje z odkładanego cukru

To wszystko w bardzo dużym uproszczeniu, trochę na zachętę, ot tak, żeby zainteresować się swoją kondycją zdrowotną. Jeśli ktoś z Was w mojej historii widzi choć trochę siebie – serio, zbadaj się. Może się okazać, że ta zawiła układanka zaburzonej gospodarki hormonalnej i cukrowej dotyczy też Ciebie.

Ale nie pora na smutki, raczej marsz do kuchni i pichcić zdrowe słodyczki. W te jesienne paskudne dni wyjątkowo zasługujemy przecież na coś dobrego.

Zatem, treat yourself, winter is coming!

Marta

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s