O MNIE

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że jest to blog dietetyczny. Świat bowiem ułożony został tak, że słodyczami jest piekło wybrukowane. Dlatego pozwalam sobie tylko na dwa desery dziennie. A pozwalam sobie na nie, bo są ZDROWE.

Dlaczego nie jest to blog dietetyczny? Ponieważ wedle mej najlepszej wiedzy nawet to, że ciasto nie jest posłodzone cukrem nie oznacza, że można z niego skomponować 4 posiłki na 1 dzień. Innymi słowy, jedzenie zdrowych deserów też musi podlegać ograniczeniom. Jest to smutna prawda i często z nią walczę, pałaszując swoje wypieki na śniadanie, obiad i kolację. Później oczywiście mam mocne postanowienie poprawy, ale rzadko żałuję za słodkie grzechy. Prawda jest taka, że zdrowe słodycze są świetnym sposobem na zaspokojenie potrzeby zjedzenia czegoś słodkiego przy jednoczesnym obcięciu znacznej ilości złych kalorii albo zastąpienia ich dobrymi. Niestety jednak, jak to w życiu, tu też trzeba zachować UMIAR.

W moim przypadku zdrowy słodycz oznacza: brak glutenu, brak cukru, brak nabiału. Oznacza również brak strączków wszelakiej maści, co w świecie wypieków ma jedną najprzykrzejszą z przykrych konsekwencji – brak masła z orzechów ziemnych. Nie używam też soi i staram się unikać produktów kukurydzianych. Stąd, publikowane będą tu słodycze, które bez wyrzutów sumienia mogą pochłaniać ci, którzy problem mają z tarczycą, insulinoopornością, celiakią czy też różnej maści chorobami autoimmunologicznymi (uwaga: nie uwzględniam alergii na jaja i orzechy – bo je kocham).

Najważniejszym powodem, dla którego z całą mocą podkreślam, że nie jest to blog dietetyczny jest fak, że ja nie jestem dietetyczką. Dlatego niczego co tutaj wymyślę nie możecie brać za poradę dietetyczną. Wiedzę, którą posiadam na temat paleozdrowego jedzenia, nabyłam z osobistego zamiłowania i konieczności, z uwagi na własne dolegliwości zdrowotne i własne uzależnienie od słodyczy.  Swoją wiedzą dzielę się tutaj z Wami na zasadzie ciekawostek i głównie po to, żeby wytłumaczyć dlaczego nie korzystam z niektórych produktów, które na pierwszy rzut oka wydają się być zdrowe (np. nieszczęsne fistaszki czy mleko sojowe).

Ogólna idea jaka mi przyświecała, kiedy decydowałam się na założenie tego bloga to miłość do zdrowych słodyczy, zrobionych z naturalnych składników. Jest coś bardzo satysfakcjonującego w świadomości, że jedzony właśnie deser jest również źródłem pełnowartościowych składników odżywczych. Czuję się też trochę jak dobry cwaniak, kiedy uda mi się przerobić zwykły cukrowy przepis na coś ekstra zdrowego, lepszego w smaku i do tego o wiele mniej kalorycznego. Musicie się bowiem przygotować, że gdy zaczniecie odstawiać cukier i zastępować go naturalnymi słodzikami, w chwili słabości milka oreo nie będzie już smakować tak samo. Pamiętam swój pierwszy szok, kiedy po długim czasie diety paleo typu samuraj, dostałam w chorobie od mamy tabliczkę milki oreo. Naprawdę mi nie smakowała. I tak oczywiście ją zjadłam, jak na prawdziwego nałogowca przystało, ale rozczarowanie smakiem było wielkie.

Tak, należę do osób, dla których słodycze są narzędziem służących do poprawy nastroju. Po prostu kocham jeść, nie wstydzę się tego i staram się, żeby ta miłość nie szkodziła mojemu organizmowi i nie przeszkadzała mi zdrowo funkcjonować. Do tego zwyczajnie towarzyszy mi wewnętrzne pragnienie dzielenia się z innymi przepisami na łakocie, które sprawiają, że zły świat i podłe dni stają się lepsze.

Żyję bowiem w głębokim przeświadczeniu, że życia nie da się przeżyć bez słodyczy. A nawet jeśli się da, to nie warto.